Tamara Arciuch
ROZWAŻNA I APETYCZNA
Pamięta smak tosta z serem, zjedzonego w czasie wakacji na deptaku w Mielnie. Miała 17 lat. „A potem człowiek tu zjadł, tam posmakował i już wie, że można pyszniej. W końcu po co żyjemy? Po to właśnie, by smakować to życie" – mówi Tamara Arciuch, która robi to z umiarem, rozsądnie, spokojnie, ale... z wielkim apetytem.
Jak zaspokaja Pani swój apetyt na życie? Łyżeczką do herbaty? Stołową? Chochlą? Raczej rozsądnie, łyżeczką i pytaniem, jakie będą konsekwencje. Takie korzystanie z życia od ściany do ściany, czyli „hulaj dusza piekła nie ma”, chyba nigdy mnie nie dotyczyło. Pewnie wpływ na to ma fakt, że szybko zostałam mamą. Poczucie obowiązku, odpowiedzialności, świadomość, że pewnych wyborów nie dokonuję już sama, że żyję nie tylko na własny rachunek, bardzo mocno zdeterminowała moje życie.
Ten nastoletni czas, gdy była Pani dziewczyną też nie był pikantny? Był chyba najbliżej tego scenariusza, w którym zdarzyło się jakieś wino wypite nie wtedy, kiedy trzeba, choć byłam raczej wyważoną nastolatką. Pamiętam jednak pewne szalone wakacje, kiedy miało się 17 lat, 5 złotych w kieszeni i jechało się w Polskę ze znajomymi. Nieważne, że nie było pieniędzy, stało się w Mielnie na deptaku, grało na gitarze i zawsze ktoś rzucił jakieś drobne na tosta z serem. Boże, smak takiego tosta wydawał się wtedy wspaniały. To był po prostu najlepszy tost na świecie! A potem człowiek tu zjadł, tam posmakował i już wie, że można pyszniej. Ale w końcu po co żyjemy? Po to właśnie, by smakować to życie i nabierać doświadczeń.






