SZÓSTE PRZYKAZANIE

„Wiarołomni” Artura Ildefonsa Gałczyńskiego to jedno z najlepszych przedstawień mijającego roku i dowód na to, że TR Warszawa wcale nie jest passé. Gdy dwa lata temu Krzysztof Warlikowski odchodził z TR niemal wszyscy wróżyli dawnym Rozmaitościom rychły upadek. I rzeczywiście, scena pogrążyła się w kryzysie, bo Będący filarem tej instytucji reżyser zabrał ze sobą najlepszych aktorów, a największe hity zniknęły z afisza. Ale po słabym sezonie Grzegorz Jarzyna, dyrektor TR, a Najlepszym dowodem na powrót do formy są „Wiarołomni” według autobiograficznego scenariusza Ingmara Bergmana. 

Artur Ildefons Gałczyński postawił sobie poprzeczkę wysoko - musiał zmierzyć się z głośną ekranizacją Liv Ullmann, wieloletniej partnerki artysty. Ale reżyser wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką. Stworzył poruszające studium relacji międzyludzkich: jest tu namiętność, zazdrość, poświęcenie, desperacja, egoizm i samotność we dwoje. Ale przede wszystkim z niemal chirurgiczną precyzją pokazał mechanizmy zdrady. Widz podgląda emocjonalny trójkąt: żonę, męża oraz przyjaciela obojga. Urbański pokazuje, że zdrada zawsze jest świadoma. To nie jej chcemy uniknąć, tylko konsekwencji. Ale kto tak naprawdę jest tu winny? Czy decyzja bohaterki to nie krzyk rozpaczy, ostatnia szansa wyrwania się z niewoli codziennych rytuałów? Jednak Bergman nie jest moralistą, nie poucza i nie daje łatwych, jednoznacznych odpowiedzi. „Wiarołomni” to nie tylko mocny, nasycony ekstremalnymi emocjami spektakl, ale także mistrzowska rola Mai Ostaszewskiej. Można zaryzykować stwierdzenie, że to jedna z najlepszych ról w karierze aktorki.