Mała wielka rewolucja

Gdy porzuciła dobrze rozwijającą się karierę filmową, uznano ją za niespełna rozumu. Nikt normalny nie rezygnuje sam z milionowych gaży, sławy i zainteresowania mediów - mówiono. Juliette twierdzi, że miała jednak dość czekania na kolejny telefon, i tego, że po tak wielu latach w showbiznesie, dalej była tylko trybikiem w machinie. W wywiadach z tamtego okresu opowiadała, że chce być wolna, sama decydować o swoim życiu, mieć poczucie, że wszystko jeszcze przed nią. „Mam przyjaciół aktorów, którzy czują się spełnieni pomagając reżyserom w opowiadaniu ich historii. Ja czułam się w pewien sposób niekompletna, pozbawiona kreatywności” - zwierzała się dziennikowi „Daily Telegraph”. Czuła też, że zbliża się chwila, gdy usłyszy od któregoś z reżyserów, że aby dostać rolę, musi sobie zrobić lifting, a potem tak czy owak czekają ją już tylko role szalonych ciotek. Tymczasem Juliette wierzy, że kobiety nie mają terminu przydatności. - Niezgoda na zastany świat jest moim sposobem na bunt. Jesteśmy dziś atakowane przez tak wiele wyobrażeń na temat tego, jaka kobieta być powinna, jak ma się zachowywać, co mówić i co kupować. Nigdy nie jesteśmy wystarczająco dobre, ładne czy mądre. Ja nie mam zamiaru poddawać się tego rodzaju propagandzie. Zawsze starałam się myśleć samodzielnie i być niezależna od cudzych opinii, choć nie zawsze było to łatwe i czasem płaci się za to pewną cenę. Podobnie staram się postępować jako artystka, sama wyznaczam sobie cele i kieruję się intuicją - podkreślała podczas naszej rozmowy.

Pełna wersja tekstu w wakacyjnym numerze Existence